druga część rozmowy
- Był pan wcześniej radnym miejskim, a także urzędnikiem zajmującym się funduszami europejskimi. Czy obecność w Parlamencie Europejskim, dająca inną perspektywę, sprawiła, że zmienił pan swój pogląd na niektóre miejskie sprawy?
- Oczywiście mam teraz szerszy kontekst obserwacji. Widzę na przykład, że Unia Europejska planuje w długich perspektywach finansowych, z większym wyprzedzeniem niż w Polsce. Z perspektywy Brukseli lepiej też widać plusy i minusy tego, co dzieje się w Poznaniu, ponieważ większy jest materiał porównawczy. Mam po prostu więcej punktów odniesienia w porównaniu z pracą w Radzie Miasta, a później w Urzędzie.
- Często komentuje pan poznańską politykę, ocenia działania prezydenta Ryszarda Grobelnego. Gdyby miał pan określić swoje stanowisko wobec prezydenta, to zaliczyłby siebie do opozycji czy siły popierającej?
- Instrumenty oceny polityki władz Poznania próbuję przenosić z Parlamentu Europejskiego, gdzie nie ma klasycznego podziału na koalicję i opozycję. Na poziomie europejskim, w każdej konkretnej sprawie może zawiązać się grupa posłów lub państw, która popiera dane rozwiązanie. Takie doraźne koalicje mogą zmieniać się w zależności od sprawy. Mniej więcej w ten sposób próbuję oceniać działalność poznańskiego samorządu. Mogę skrytykować prezydenta Poznania za coś, co moim zdaniem robi źle i pochwalić za inne działania, realizowane w mojej opinii dobrze. Nie czuję się w opozycji do prezydenta, ale nie identyfikuję się też z siłą, która z definicji popiera wszystko, co robi prezydent. Pozwala to na komfort oceny czysto merytorycznej. Nie ma prezydentów, którzy zawsze robią wszystko dobrze albo wszystko źle. Mam na przykład krytyczne zdanie o sposobie budowy Stadionu Miejskiego, co nie znaczy, że nie popieram budowy takiego obiektu. Nie podoba mi się wiele rzeczy, które wydarzyły się podczas realizacji tej inwestycji.
Tym, co w Poznaniu szczególnie doskwiera mi w odniesieniu do przykładów europejskich, są konsultacje społeczne. W Poznaniu są one organizowane, ponieważ tak wypada, ale władze nie przejmują się ich wynikami. Tymczasem filozofia Unii Europejskiej jest taka, aby w wyniku konsultacji naprawdę zidentyfikować problemy lokalnych społeczności i odpowiadać na nie. U nas konsultacje organizuje się dla wymogów formalnych, a nie dlatego, aby wsłuchać się w argumenty mieszkańców i wziąć pod uwagę, że być może warto realizować ich postulaty. Brakuje mi autentyzmu w konsultacjach społecznych.
- Podczas ubiegłorocznych wyborów samorządowych pańskie nazwisko pojawiało się na giełdzie kandydatów Platformy na prezydenta Poznania. Czy rzeczywiście brał pan pod uwagę kandydowanie?
- Sprawami miejskimi bardzo się interesuję. Z Poznaniem czuję emocjonalny związek. Mam wiedzę i swoją opinię na temat funkcjonowania miasta. Nie mogę więc powiedzieć, że nigdy nie przemknęła mi przez głowę myśl, żeby kandydować na prezydenta Poznania. Przy tak poważnej decyzji trzeba brać po uwagę wiele czynników. Wybory samorządowe w 2010 roku odbyły się rok po tym, jak zostałem wybrany do Parlamentu Europejskiego. Miałem wrażenie, że z mojej strony wyglądałoby to troszkę niepoważnie, gdybym po roku sprawowania mandatu europosła ubiegał się o mandat prezydenta miasta. To oczywiście jest dopuszczalne i niektórzy europosłowie tak zrobili. Znam koleżankę z Austrii, która została burmistrzem jednej z dzielnic Wiednia. Są takie precedensy, ale uważam, że byłbym nie w porządku wobec wyborców, gdybym na taki krok się zdecydował.
- Jesienią 2014 roku kolejne wybory samorządowe, a w czerwcu tego samego roku kończy się kadencja Parlamentu Europejskiego. Czy wtedy zdecyduje się pan odejść z Brukseli i powalczyć o Poznań?
- Politycy mają takie powiedzenie "nigdy nie mów nigdy". To, że nie wykluczam takiej opcji wynika z mojego rzeczywistego zainteresowania miastem i zaangażowania w sprawy ważne dla mieszkańców. Natomiast na dziś nie potrafię odpowiedzieć na takie pytanie.
- Popierał pan starania Poznania o miano Europejskiej Stolicy Kultury 2016. Nie udało się, a Poznań nie znalazł się nawet wśród pięciu miast rywalizujących w finale o ten tytuł. Co pańskim zdaniem zawiodło? Brak silnego lobbingu czy słaba oferta przygotowana przez miasto?
- Dzisiaj wiemy, że oferta w porównaniu do innych miast była bardzo słaba. Już wcześniej odnosiłem jednak wrażenie, że nie był to projekt, na którym szczególnie zależało władzom miasta. Nie można osiągnąć sukcesu, jak się w niego nie wierzy. Inna kwestia to fakt, że władzom miasta nie zależało wcale na lobbingu. Jakby przeczuwały, że oferta jest zbyt słaba.
- Odchodząc już od spraw poznańskich i europejskich, chciałbym zapytać skąd wzięło pańskie zainteresowanie Tybetem i walką tego narodu o niezależność?
- To długa historia. Będąc posłem na Sejm, na początku lat 90. współorganizowałem pierwszą wizytę Dalajlamy w Sejmie. Wtedy po raz pierwszy zetknąłem się z problemem narodu tybetańskiego. Kiedy zostałem posłem do Parlamentu Europejskiego i dowiedziałem się, że istnieje zespół wspierający Tybet, było dla mnie rzeczą naturalną dołączenie do niego. Zmagania Tybetańczyków przypominają mi filozofię będącą podstawą ruchu "Solidarności". Niezgoda na panujący reżim i walka o jego odsunięcie, ale wyłącznie metodami pokojowymi. To jest też dla mnie moralne zobowiązanie, że skoro Polsce udało się odzyskać w ten sposób wolność, a są dziś narody, które jeszcze muszą o nią walczyć, to musimy im pomagać.
Rozmawiał Mateusz Malinowski