Blogi o Poznaniu i przez poznaniaków pisane.
Obiegowa opinia głosi, że żyjemy w czasach, w których blogerem może zostać każdy. Wystarczy umieć pisać i posiadać komputer z dostępem do internetu. Czyżby?
Szczęśliwie sprawa wygląda tak tylko w teorii. W praktyce to sami internauci decydują, co im się podoba, a co nie. Dobra wiadomość jest taka, że potrafią w takim samym stopniu zdemaskować fałsz i nudę, jak i docenić wciągającą narrację. Nie obędzie się jednak bez trzech absolutnie obowiązkowych czynników: lekkiego pióra, dobrego tematu i jeszcze lepszego pomysłu na jego realizację.
Znać, że byli tu Poznańczanie
Poznańskie Historie to miejsce, w którym Maciej Brzeziński zamieszcza m.in. wyjaśnienie znaczenia każdego z elementów herbu miasta, listę dziesięciu największych symboli Poznania albo opis życia uczennic na XIX-wiecznej pensji. Udowadnia tym samym, że historia wcale nie musi być nudna. Trzeba tylko pokazać ją w odpowiedni sposób. Przyznaje, że stworzenie wpisu, który chciałoby się czytać z przyjemnością, to rzecz wymagająca czasu. - Kiedy piszę o Poznaniu podczas I wojny światowej, najpierw opisuję przyczyny tej wojny i to, co działo się wtedy w Europie - mówi. Jest perfekcjonistą. Przed każdą publikacją czyta swoje posty przynajmniej trzy razy. Być może właśnie dlatego ma 15-20 tys. wejść miesięcznie i 3 tys. fanów na Facebooku. Z niektórymi spotkał się w zeszłym roku na festiwalu Poznań Wzywa.
Inny blog historyczny - Poznańczyk Macieja A. Szewczyka, ma bardziej klasyczny wydźwięk. Znajduje się tutaj i kącik z poznańską gwarą, i galeria archiwalnych zdjęć miasta. Jest nawet "Kolekcya Anonsów Handlowych przez Macieja Szewczyka dla użytku publiczności zebranych". Już sam początek - charakterystyka mieszkańców, sugeruje, w jakiej konwencji utrzymana jest całość. "«Znać, że tu byli Poznańczanie» - powiedzieć miał, widząc setki trupów po bitwie pod Podczapami (w czasie walk o Lwów w 1919 r.), niejaki pułkownik Mączyński" - cytuje autor.
Na tym tle zupełnie inaczej przedstawia się Blog Groszkowej czy Mademoiselle Emnilda. Każdy z nich to inna, bardziej kobieca strona blogowania. Marta Woźna (Groszkowa) pisze o zdrowym stylu życia, książkach, designie i social mediach, przy okazji przedstawiając swoje pomysły np. na pakowanie prezentów. Prowadzenie strony nie jest jej sposobem na życie, nie zarabia też na niej żadnych pieniędzy, ale wpisy stara się zamieszczać regularnie. Po co to robi? - Piszę, by móc podzielić się z kimś moimi przemyśleniami i poznać inne osoby o podobnych poglądach - tłumaczy. Jej blog ma miesięcznie od 20 do 25 tys. wyświetleń, na Facebooku lubi go blisko 2,5 tys. osób. Nie tylko z Wielkopolski. Swoich lokalnych czytelników Marta miała okazję poznać przy okazji Targów Artystycznych na MTP. Sylwię Smolibowską, czyli wirtualną Emnildę, fascynuje z kolei wiek XIX. Secesja, moda vintage, poglądy i obyczaje minionej epoki. Gdzie znajduje pomysły na kolejne wpisy? - W książkach, miejskiej architekturze i historycznych zakamarkach Poznania, filmach kostiumowych, na starych zdjęciach i na mglistych polach wokół mojego domu - wylicza. Część wpisów powstaje spontanicznie, inne wymagają dłuższego, merytorycznego przygotowania. Zdecydowanie to lubi, stronę prowadzi już pięć lat.
Pamiętaj, kim jesteś i skąd pochodzisz
Równie popularne co blogi są również tzw. fanpage'e, a więc konta zakładane na największym portalu społecznościowym Facebook. Łazęga poznańska - jak sama nazwa wskazuje - przemierza miasto w poszukiwaniu miejsc, zjawisk i ludzi. Każdej z fotografii towarzyszy refleksyjny wpis i konkretne przemyślenie. Maciej Krajewski, autor wszystkich zamieszczanych tu zdjęć, cieszy się, że w ich sprawie kontaktuje się z nim coraz więcej osób. Strona ma ponad 1,6 tys. fanów, ale jak sam mówi, nie o ilość tu chodzi. - Ktoś chce się przyłączyć do którejś z kolejnych łazęg po Poznaniu, ktoś inny daje znak, że tam i tam niszczeje zabytek i warto go sfotografować, zanim się zawali. Jeszcze ktoś inny pisze z emigracji i prosi, żebym poszedł na podwórko kamienicy, w której kiedyś mieszkał, i sfotografował miejsca, gdzie pozostało jego dzieciństwo. Wielu ludzi wspomina, dziękuje... To bardzo osobiste i ważne dla mnie gesty i słowa, które nadają temu, co robię, jakiś zaskakujący mnie samego, niezwyczajny, i myślę, że wcale nie powierzchowny sens - mówi.
Motto strony Łazarz - moja dzielnica: "Pamiętaj, kim jesteś, jakie są Twoje korzenie, skąd pochodzisz, i nie wstydź się tego..." już na wstępie sugeruje, że to swojskie miejsce. Ci, którzy postanowią je odwiedzić, zobaczą współczesne i archiwalne zdjęcia dzielnicy, np. starych Delikatesów czy dawnego punktu naprawy parasolek na Głogowskiej. Przypomną sobie, jak "za dzieciaka" wspinali się na skałki w parku Wilsona i gdzie jedli najsłodsze lody Bambino. "O rany, ale jestem stary! Pamiętam te czasy" albo "Jak fajnie powspominać" - piszą w komentarzach. Sami też mogą na własną rękę zamieszczać tu zdjęcia i opinie.
- Czytelnicy cenią wpisy poświęcone lub blisko związane z ich miastem - ta namacalność jest kolejnym etapem w interakcji z osobą piszącą - tak całe zjawisko tłumaczy Przemysław Stanula z Uniwersytetu im. A. Mickiewicza. - Znamy ulice, którymi porusza się bloger, bywaliśmy w polecanych przez niego restauracjach, ale on i tak zawsze znajdzie w nich coś, co umknęło naszej uwadze - dodaje.
Kolejny fanpage i kolejne 8,5 tys. fanów: Blizny Poznania. Największa wartość? Zestawianie czarno-białych fotografii z czasów wojny i okupacji i ich kolorowych, współczesnych odpowiedników. Ten sam kadr, ale na przestrzeni kilkudziesięciu lat. Robi wrażenie. Przykład? Zdjęcie-pocztówka przedstawiające nieistniejącą już pierzeję kamienic na Starym Rynku, w miejscu dzisiejszej Galerii Arsenał, gdzie w listopadzie 1912 roku doszło do jednej z największych katastrof tramwajowych w historii miasta. Albo widok na ul. Św. Marcin z niezniszczoną jeszcze wieżą Zamku i budynkiem intendentury, który po wojnie zastąpił gmach partii, a potem Collegium Historicum. - Kilka lat temu przeprowadziłem się do Poznania. Od samego początku urzekł mnie swoim charakterem, ilością zabytków i klimatem - mówi Mateusz Markowski, autor profilu. - Przeglądając archiwalne zdjęcia miasta, zobaczyłem, ile Poznań utracił ze swojego piękna, najpierw na skutek wojny, później przez rządzące w kraju władze. Wtedy zrodził się pomysł, by stworzyć porównania z ich teraźniejszym wyglądem, a efekty zamieszczać w internecie - dodaje.
Zdaniem dr Agnieszki Ziomek z poznańskiego Uniwersytetu Ekonomicznego, strony mówiące o procesie rozwoju miasta mobilizują tak zwane społeczeństwo sieciowe. Tworzą je sami mieszkańcy, żywo zainteresowani jego sprawami i aktywnie korzystający z narzędzi, jakie daje internet. - Już w tej chwili istnieje aktywność, która świadczy o zainteresowaniu miastem i prowadzi do interakcji. Ta z kolei przynosi korzyści dla nas i dla lokalnej gospodarki - uważa. Kolejna korzyść z obecności miasta w sieci to jego oddolne promowanie i utrwalanie jego marki. Jak to działa? - Obecność miast, województw czy regionów w social media może w realny sposób wpłynąć na postrzeganie tych miejsc w powszechnej świadomości - tłumaczy Przemysław Stanula z UAM i zaraz dodaje: - Lokalność jest opozycyjna wobec globalizmu i coraz bardziej wyróżnia się w wielu dziedzinach życia. W dzisiejszym świecie przeżywa renesans.
Anna Solak