Wspólna nie znaczy niczyja

Polskie miasta od lat starają się zrozumieć, czym tak naprawdę jest przestrzeń przyjazna człowiekowi i jak skutecznie do niej dążyć. Planują, budują, rewitalizują... - z różnym skutkiem. O największych grzechach rodzimych urbanistów i lokalnych samorządów oraz wzorach dobrych praktyk 20-22 października dyskutowali w Poznaniu uczestnicy ogólnopolskiej konferencji "Wspólna nie znaczy niczyja".

Profesor Maria Lewicka, warszawska psycholog środowiskowa, którą w mieście najbardziej interesuje człowiek, w wystąpieniu "Przestrzeń ucieleśniona" podkreślała, że miejsce w określonej przestrzeni nie jest tylko punktem na mapie. Niesie w sobie treść i przede wszystkim zawsze ma dla nas jakieś znaczenie. - Jednym słowem miejsce to "znacząca lokalizacja" - mówiła. I dodawała: - Człowiek ma w sobie intuicyjne poczucie estetyki. W czasach PRL-u i dzisiaj, jeżdżąc na zachód fotografowaliśmy właśnie te piękne miejsca, które u nas dopiero zaczynają funkcjonować. Jej zdaniem miejsce odbierane jako dobre musi mieś ludzką skalę, odpowiadać możliwością naszego ciała. Tak, żebyśmy mogli poczuć się w nim komfortowo. Co dokładnie ma na myśli? Na przykład to, by projektanci zawsze mieli na uwadze to, na jakiej wysokości człowiek ma wzrok, albo w jakim średnim tempie przemieszcza się po mieście. - Naszą bolączką są nadmiernie wysokie budynki, wszechobecne płoty i zasieki czy miejsca parkingowe tuż pod oknami budynków. To najpowszechniejsze błędy w przestrzeni - tłumaczyła.

Pora mówić o rzeczach gorzkich

Wojciech Kłosowski, ekspert samorządowy w dziedzinie miejskiej rewitalizacji podkreślał: - Pozbądźmy się wrażenia, że struktury miasta tworzą dziś urbaniści. Ci ostatni dali się odepchnąć od tego stołu deweloperom, osobom decydującym o przebiegu linii tramwajowych czy koryt rzek, a także centrom handlowym "fundującym" miasto - mówił. Jego zdaniem pora głośno powiedzieć o rzeczach gorzkich, bo środowisko architektów i urbanistów, które samo nie zauważa własnych błędów, nie może rościć sobie moralnego prawa do wytykania błędów innym, odpowiedzialnym za zubażanie wspólnej przestrzeni.

Strzeżone osiedla, które prelegenci często wywoływali do tablicy jako błędy w sztuce, Kłosowski nazywa "pseudomiejscami". Porównuje je do zamkniętej na klucz lodówki wujka, który przyjeżdża do nas w odwiedziny. - Taki wujek wprowadza się do nas, korzysta ze wspólnej łazienki, kuchni i salonu, ale dostęp do własnej lodówki ma tylko on, jest zamknięta na kłodkę - mówił.

Innego problemu dopatrywał się ponadto w źle pojętych ambicjach architektów, którzy niekiedy wola popisać się umiejętnościami i warsztatem, zamiast dbać o harmonizowanie przestrzeni. - To pierwsze podejście owszem, przysparza nagród w konkursach, ale zdecydowanie nie sprawi, że nasze wnuki w przyszłości będą żyły w lepszych miastach - tłumaczył.

Przykłady dobrych praktyk

Zdaniem prof. Andrzeja Wielgosza równie ważny jak sama architektura miejsc jest ich design. Jako przykłady jego dobrego rozumienia przywołał m.in. Sydney, Neapol czy Nowy Jork. Z kolei warszawska socjolożka i aktywistka miejska, Joanna Erbel, wskazywała na podobieństwa między Poznaniem a stolicą w zakresie współpracy z samymi mieszkańcami. Jednym z nich jest program rewitalizacji zaniedbanych podwórek, który w obu miejscach cieszy się coraz większym powodzeniem.

Przykłady dobrych praktyk z Lublina przywiozła Marta Kurowska z Fundacji Tu Obok, jednocześnie dzielnicowa radna. - W tej chwili jesteśmy między innymi w trakcie wypracowywania w Lublinie standardów dla pieszych, bo to najliczniejsza grupa, która de facto nie ma swojego lobby - mówiła. Od pięciu lat w mieście działa Porozumienie Rowerowe, któremu udało się wypracować zasadę, że przy każdej nowo powstającej drodze musi znaleźć się ścieżka dla rowerów. Lublin ma też swoją Radę Kultury Przestrzeni - formalnie organ doradczy prezydenta, choć Kurowska podkreśla, że w rzeczywistości ta jedna z aktywniejszych jednostek pozostaje z prezydentem miasta w "szorstkiej przyjaźni".

- Podstawowym pytaniem, jakie powinni sobie zadawać urzędnicy i władze samorządowe w każdym mieście brzmi: "Dla kogo to robię?" - podsumowywał Przemysław Witkowski, dziennikarz i publicysta z Wrocławia. Sam skupiał się na zjawisku gentryfikacji rewitalizowanych dzielnic i niebezpieczeństwie zniknięcia z nich pierwotnych mieszkańców. - Najczęstszy błąd to niedostosowanie rozwiązań do specyfiki miejsca, na czym najczęściej tracą sami mieszkańcy - mówił. (as)